USA: Chiny stały się głównym zagranicznym tematem kampanii prezydenckiej

USA: Chiny stały się głównym zagranicznym tematem kampanii prezydenckiej

W trakcie sporów handlowych oraz pandemii dyskusję o polityce zagranicznej w kampanii wyborczej w USA zdominował temat rywalizacji z Chinami. W Waszyngtonie panuje konsensus w kwestii zdecydowanej polityki wobec Chin - twierdzą eksperci.

Jeszcze na początku roku Donald Trump planował iść po reelekcję na fali rosnącej gospodarki. Na wiecach mówił o "powracających miejscach pracy" i nałożonych na Chiny cłach. W styczniu podpisał umowę handlową z ChRL opisując ją jako przykład twardego podejścia wobec Pekinu. Kolejne porozumienia miały zostać zawarte jeszcze przed wyborami, ale negocjacje i kampanijne plany pokrzyżowała epidemia koronawirusa, która pozbawiła miliony Amerykanów miejsc pracy.

W trakcie epidemii prezydent regularnie obwinia Chiny za szkody gospodarcze związane z pandemią. Ostrzega, że w obliczu rywalizacji mocarstw jego ewentualna porażka osłabi pozycje Waszyngtonu. "Zwycięstwo Joe Bidena, to zwycięstwo Chin" – przekonywał na jednym z wrześniowych wieców w Ohio przed swoim kontrkandydatem. Ohio to jeden ze stanów tzw. Pasa Rdzy. Obszar ten kiedyś popierał Demokratów i od ich koloru nazywano go nawet "niebieską ścianą". W globalizacji utracił miliony miejsc pracy, które przeniosły się do innych państw, w tym Chin. Przy zaskoczeniu obserwatorów Pas Rdzy w 2016 roku w wielu miejscach opowiedział się za Trumpem.

Zdaniem Otto Tabunsa, dyrektora Baltic Security Foundation współpracującego z think tankiem Jamestown Foundation, "ciężko jest dokładnie skalkulować" czy miejsca pracy za czterech lat prezydentury Trumpa rzeczywiście powróciły do USA. "Być może w USA udało się coś osiągnąć, ale nie ma zmiany trendu" - stwierdza w rozmowie z PAP.

Podobnie uważa Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE). "Cła doprowadziły do wzrostu cen produktów, niekoniecznie jednak do zwiększenia zatrudnienia w USA (...) Niektóre szacunki wskazują na to, że cła w długim okresie spowodują spadek zatrudnienia w USA o ok. 1,4 proc., na co w większym stopniu nakłada się podwyżka ceł USA niż cła odwetowe ze strony Chin" - tłumaczy PAP.

Ostre deklaracje wobec Pekinu obu sztabów znajdują odzwierciedlenie w badaniach opinii publicznej w USA, według których Amerykanie mają coraz bardziej negatywne opinie na temat Chin. Ośrodek Pew Research opublikował pod koniec lipca raport według którego aż 73 proc. mieszkańców USA ma negatywne zdanie o Chinach. Jest to najwyższy wynik w historii, a znaczący wzrost odnotowano w samym 2020 roku. Tłumaczy się to eskalacją napięcia między dwiema największymi gospodarkami świata oraz pandemią koronawirusa. Właśnie w takie nastroje celuje Trump nazywając zarazę "chińską plagą", bądź "Kung Flu".

Wiele do zarzucenia polityce Białego Domu wobec Pekinu ma Biden. Demokrata wypomina prezydentowi, że ten jest niekonsekwentny w swoich sądach i przypomina, że na początku roku, kiedy epidemia była jeszcze lokalnym zmartwieniem Chin, wychwalał Xi Jinpinga za stanowcze podejście do problemu i transparentność. Portal Politico w kwietniu opublikował listę 15 wypowiedzi przywódcy USA, w których mówi o doskonałej współpracy z Pekinem w kwestii epidemii. Cytaty te wykorzystuje sztab Bidena w wyborczych spotach.

Drugim głównym zarzutem Demokraty, przywołanym nawet podczas pierwszej debaty prezydenckiej, jest brak stanowczości władz USA w kwestii wysłania amerykańskich śledczych do Chin w celu zbadania przyczyn wybuchu epidemii. Republikanin broni się argumentując, że jest to wina Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

Z kolei Biden – jak pisze dziennik "New York Times" - jako wiceprezydent był zwolennikiem polityki angażowania Chin w sprawy światowe. W 1979, zaledwie kilka miesięcy po ustanowieniu stosunków dyplomatycznych między Waszyngtonem a Pekinem, Biden był jednym z pierwszych senatorów USA, którzy odwiedzili Państwo Środka, gdzie spotkał się nawet z ówczesnym przywódcą kraju Deng Xiaopingiem. Strategia wielu amerykańskich administracji polegała na tym, że przez zapraszanie Pekinu do współpracy na arenie międzynarodowej Chiny miały się stopniowo liberalizować, a świat uniknąć strategicznej rywalizacji dwóch mocarstw.

Biden jako wiceprezydent w latach 2011-2013 co roku spotykał się z Xi. Zdjęcia z tych spotkań są obecnie używane w spotach Trumpa. Według prezydenta Xi wolałby mieć w Białym Domu swojego "starego dobrego przyjaciela", jak przywódca ChRL nazwał kiedyś byłego wiceprezydenta USA.

Stara przyjaźń zdaje się być już jednak wygaszona, na co wskazują wypowiedzi Bidena nazywającego Xi "gangsterem" i inicjatywa którą zapowiedział w styczniu tego roku. Polega ona na zbudowaniu koalicji państw mających izolować Chiny na arenie międzynarodowej i zmusić je do współpracy i poszanowania praw człowieka.

Jak twierdzi Tabuns, "Biden może nie będzie znacznie łagodniejszy od Trumpa, ale to nie będzie najgorszy scenariusz dla Chin, gdyż byłby bardziej przewidywalny" od Republikanina. "Tego oczekuje biznes po obu stronach. Dla Bidena byłoby łatwiej rozpocząć proces przywrócenia dialogu, chociażby w niektórych tematach" - uważa.

Zdaniem eksperta żaden z kandydatów nie będzie jednak tolerował presji Chin na polu telekomunikacji. "Podejście Waszyngtonu w kwestii Huawei nie zmieni się" – ocenia.

"W Waszyngtonie panuje konsensus co do kierunku polityki wobec Chin. I Trump, i Biden dążą do przeciwdziałania wzrastającej roli niedemokratycznych Chin na światowej scenie politycznej i gospodarczej" - uważa natomiast Wąsiński. Ekspert nie wyklucza, że Trump w sprawach handlowych na początku ewentualnej drugiej kadencji zadecyduje o dalszym zaostrzeniu polityki wobec Chin, ale ocenia, że Biden też z "pewnością nie złagodzi kursu".

Z Waszyngtonu Mateusz Obremski (PAP)