Niedługo do schronisk dla bezdomnych będą trafiali ludzie tylko po to, żeby umrzeć

Niedługo do schronisk dla bezdomnych będą trafiali ludzie tylko po to, żeby umrzeć

Sytuacja jest na tyle trudna, że niedługo do schronisk dla bezdomnych będą trafiali ludzie tylko po to, żeby umrzeć – powiedziała PAP szefowa Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej Adriana Porowska. Wskazała, że placówki wsparcia borykają się z wieloma problemami, jak np. brak izolatoriów.

Adriana Porowska, która na co dzień prowadzi schronisko dla osób w kryzysie bezdomności, w rozmowie z PAP opowiedziała, jak w praktyce wygląda pomoc potrzebującym w czasie epidemii.

Zdaniem szefowej misji kamiliańskiej problemem jest przede wszystkim chaos organizacyjny i brak procedury postępowania.

"Powinniśmy już wiedzieć, kto i za co odpowiada. Do kogo zadzwonić, jeśli spotkamy osobę w kryzysie bezdomności w nocy, na ulicy, oraz gdzie powinna być przewieziona" – podkreśliła.

Porowska zwróciła uwagę, że brakuje tzw. miejsc buforowych przed zamieszkaniem w schronisku, gdzie osoby wchodzące z ulicy mogłyby przejść 10-dniową kwarantannę i przebadać się pod kątem COVID-19.

"To jest bardzo ważne, bo nasze placówki działają podobnie jak domy pomocy społecznej. Mamy wieloosobowe sale i duże przestrzenie, które sprzyjają rozprzestrzenianiu się wirusa" – zauważyła.

Dodatkowo – jak wskazała – takie miejsca muszą być też przystosowane dla osób chorych, które nie poruszają się samodzielnie.

"Na przykład w Warszawie, owszem, powstają miejsca buforowe, ale żadne nie zapewnia opieki osobom chorym. To jest straszne, bo potem okazuje się, że jeśli masz dwie ręce, dwie nogi i jesteś sprawny, to możesz wejść do miejsca buforowego, ale jeśli jeździsz na wózku inwalidzkim i np. samodzielnie się nie wykąpiesz, to zostajesz na ulicy, bo nie ma kto ci pomóc. A przypominam, że zbliża się zima" – zaznaczyła Porowska.

Podkreśliła, że potrzebna jest presja społeczna, by władze miasta przeznaczały pieniądze na takie wsparcie, bo bez miejsc buforowych nie można przyjąć nowych podopiecznych do schronisk.

"Od sierpnia mówię, że jest problem z miejscami dla osób chorych. Niestety, póki nie zrobi się dymu i póki społeczeństwo się o tym nie dowie i nie zacznie się dopominać o prawa tych osób, to samorząd nie wyciągnie pieniędzy z kieszeni" – oceniła szefowa misji.

Tłumaczyła, że chodzi o to, żeby ludzie mieli świadomość, że schroniska dla bezdomnych są m.in. po to, aby oni nie umierali na ulicy.

"To jest równie ważne jak żłobki, przedszkola, szkoły, równe chodniki czy choinki na święta. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby puste bursy, czy inne miejsca przekształcić na ten bufor" – podkreśliła Porowska.

Zwróciła uwagę, że dotychczas samorządowcy mylili miejsca buforowe z izolatoriami, na które – jak wskazała – również jest zapotrzebowanie. Przyznała, że w ośrodku misji jest jedno takie miejsce, w którym może przebywać tylko jedna osoba.

Porowska przypomniała, że pomoc osobom doświadczających bezdomności jest zadaniem własnym gminy. Jak zaznaczyła, wsparcie powinno dotyczyć nie tylko kwestii ogrzewania, oświetlenia, ale też zatrudnienia odpowiednich kadr.

Szefowa misji podkreśliła, że brakuje rąk do pracy. "Wystarczyłoby, żeby chociaż raz dziennie przyszło do mnie dwóch chłopaków z Wojsk Obrony Terytorialnej, żeby pomogli mi podnieść daną osobę, żeby ją wykąpać, zmienić pampersa. Musi być też ciągłość zadań. Mam jednego kucharza, jak on zachoruje, to kto będzie gotował? Ja muszę już teraz to wiedzieć, co w takiej sytuacji mam zrobić" – powiedziała.

Porowska zwróciła uwagę, że placówki takie jak Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej mierzą się też z innym problemem – przydzielane są do nich osoby na kwarantannie, których fizycznie nie ma w budynku.

"Zdarzają się przypadki, że osoba bezdomna, jak trafia do szpitala, to podaje adres misji. Po nawiązaniu kontaktu z sanepidem okazuje się, że tych osób na kwarantannie mamy 11, z czego tylko jedna osoba fizycznie u mnie przebywa" – dodała.

Ważną kwestią, na którą wskazywała Porowska, jest też testowanie osób nieubezpieczonych, jakimi bardzo często są osoby bezdomne.

"Mówi się o tym, że na testy mogą być kierowane także osoby nieubezpieczone. Tylko że skierowanie na testy wystawia lekarz pierwszego kontaktu, a żeby się do niego dostać, potrzebne jest ubezpieczenie" – zwróciła uwagę.

Przytoczyła jednocześnie historię jednego z podopiecznych misji, który został skierowany na test i czekał na wynik przez siedem dni, po czym okazało się, że w laboratorium było tak dużo próbek, że nie zdążono ich przebadać w odpowiednim terminie.

"I teraz mamy historię pod tytułem: czy on powinien być znowu testowany, czy nie? Oczywiście zapewne już +przesiedział+ chorobę, ale chodzi o to, żeby ktoś tę ustawową izolację z niego zdjął" – wyjaśniła Porowska.

Dodała, że istotną sprawą są też testy przesiewowe dla pracowników placówki.

"My jesteśmy placówkami zbiorowego zamieszkania, w związku z tym nasi pracownicy powinni być traktowani tak samo jak pracownicy domów pomocy społecznej. Powinniśmy też mieć testy przesiewowe" – podkreśliła Porowska.

Dodała, że problem jest jednak taki, że domy pomocy społecznej są prowadzone przez samorządy, a schroniska dla osób bezdomnych – w większości przez organizacje pozarządowe.

"Dlatego nas w systemie nie widać. Jeśli chcę uzyskać przeprowadzenie testu, to muszę się zgłosić do organizacji założycielskiej misji, czyli do siebie" – powiedziała.

Szefowa misji przyznała, że sytuacja jest na tyle trudna, że do schroniska niedługo będą trafiali ludzie w jednym celu – żeby umrzeć.

"Część osób, które przebywają na ulicy, to osoby bardzo schorowane. I jak oni trafiają do misji, to długo nie wiem, co im jest. Wszyscy wiedzą, jak teraz funkcjonuje służba zdrowia" – zauważyła.

"Czasami chodzi już tylko o to, żeby człowiek nie umarł na kupie liści pod szpitalem czy pod płotem, tylko skorzystał z pomocy placówki. Tu dostanie ciepły posiłek, będzie mógł się wykąpać, ktoś obok niego będzie" – powiedziała.

Przypomniała, że organizacja, w której działa, pochodzi od ojców kamilianów, którzy wielokrotnie byli nazywani "ojcami dobrej śmierci".

"To jest taki zakon, który wielokrotnie wymierał w trakcie pandemii, bo kiedy ludzie uciekali z miast, oni szli dokładnie w przeciwnym kierunku tylko po to, żeby potrzymać kogoś za rękę" – dodała Porowska.(PAP)

Autorka: Karolina Kropiwiec

Przeczytaj także