Tajlandia/ Demonstranci zadeklarowali, że kraj nie jest własnością monarchy

Tajlandia/ Demonstranci zadeklarowali, że kraj nie jest własnością monarchy

W Bangkoku zakończyła się w niedzielę rano największa od lat prodemokratyczna akcja protestu. Kilkadziesiąt tysięcy jej uczestników domagało się ustąpienia rządu, nowej konstytucji, a także reformy monarchii.

Demonstranci przekonują, że choć w Tajlandii od 1932 roku formalnie panuje ustrój demokratyczny, to blisko związany z armią rząd działa w interesie wąskiej elity, a dziedziczni władcy zachowali zbyt duże wpływy. W czasie trwających od lipca masowych wystąpień bezprecedensowej krytyce poddana jest zarówno instytucja monarchii, jak i sam król Maha Vajiralongkorn (Rama X).

Protest, w którym udział wzięło kilkadziesiąt tysięcy głównie młodych ludzi rozpoczął się w sobotę popołudniu na terenie stołecznego Uniwersytetu Thammasat. Po nocy spędzonej na publicznym skwerze Sanam Luang jego uczestnicy próbowali przybliżyć się do znajdującego się nieopodal pałacu królewskiego. Zostali jednak zablokowani przez policję, choć zarówno mundurowi, jak i uczestnicy marszu zachowywali się pokojowo.

Studenccy liderzy, którym przewodziła Panusaya Sithijirawattanakul, rozmawiali z szefem stołecznej policji generałem Pakapongiem Pongpetrą. Za jego pośrednictwem przekazali władzom dokument z żądaniami demokratycznych reform skierowany do członków Tajnej Rady Królewskiej. Najbliżsi doradcy króla otrzymają listę dziesięciu postulatów zmian w funkcjonowaniu tajskiej monarchii, tradycyjnie uznawanej za instytucję świętą.

Jest wśród nich m.in. ograniczenie konstytucyjnych uprawnień króla.

"Naszym największym zwycięstwem w ciągu ostatnich dwóch dni jest pokazanie że zwykli ludzie, tacy jak my, mogą wysłać list do rodziny panującej" – powiedział zebranym jeden z przywódców protestu Parit Chiwarak.

W niedzielę o świcie protestujący umieścili w pobliżu pałacu królewskiego mosiężną plakietę upamiętniającą wydarzenie. "W tym miejscu ludzie wyrazili swoją wolę: ten kraj należy do narodu i nie jest własnością monarchy, wbrew błędnemu przekonaniu, w którym nas utrzymywano" – głosi napis. Plakieta przypomina ozdobną płytkę upamiętniającą koniec monarchii absolutnej w 1932 roku. W 2017 roku została ona usunięta bez podania powodu i zastąpiona monarchistycznym sloganem.

Panujący obecnie monarcha nie cieszy się szacunkiem - w przeciwieństwie do swojego zmarłego w 2016 roku ojca Bhumibola Adulyadeja.Po objęciu tronu Rama X (Maha Vajiralongkorn) przejął bezpośrednią kontrolę nad częścią wojska i zawartością pałacowego skarbca o wartości dziesiątków miliardów dolarów. Większość czasu spędza w Niemczech - również obecnie przebywa poza Tajlandią.

Na sobotni wiec i niedzielny marsz niektórzy z demonstrantów przynieśli transparenty wyśmiewające króla. Odgrywano sceny mające się kojarzyć z dworskimi rytuałami. Wśród uczestników wydarzenia było też wielu mężczyzn ze sztucznymi tatuażami i w koszulkach odsłaniających brzuch – to nawiązanie do fotografii króla Vajiralongkorna, który jeszcze jako następca tronu publicznie pojawiał się w takim stroju.

Książę Vajiralongkorn miał wtedy opinię bon vivanta, nie stroniącego od towarzystwa kobiet i hazardu. Światowe media wielokrotnie obiegały jego wakacyjne zdjęcia z kolejnymi partnerkami. Vajiralongkorn przyciągnął uwagę przyznaniem swojemu pudlowi stopnia marszałka lotnictwa i zabieraniem go, ubranego w adekwatny mundur, na dyplomatyczne rauty – co potwierdziły m.in. poufne dokumenty ujawnione przez WikiLeaks. Nieoficjalnie w Tajlandii mówiło się, że styl życia następcy tronu nie licował z godnością funkcji, którą miał w przyszłości pełnić.

Mimo rządowych ostrzeżeń, że wszelka krytyka króla jest na mocy tajlandzkiego prawa nielegalna i prób zniechęcenia studenckich liderów do żądań reform monarchii, protestujący nie rezygnują ze swoich postulatów. Kolejne protesty zapowiedzieli na 24 września i 14 października. (PAP)