Nie trzeba bać się sztuki współczesnej

Nie trzeba bać się sztuki współczesnej

Nie należy bać się sztuki współczesnej; można z nią dyskutować, ale też warto dawać szansę i artystom, i kuratorom, i dziełom – mówi Hanna Wróblewska, szefowa warszawskiej Zachęty, prezentując dwie nowe ważne wystawy "Rzeźba w poszukiwaniu miejsca" oraz "Rhizopolis" Joanny Rajkowskiej.

Polska Agencja Prasowa: Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki jest znowu otwarta. Pojawiają się bywalcy, ale też publiczność, która dotąd tu nie zaglądała. Jak pomaga Galeria tym nowoprzybyłym w kontakcie ze sztuką nowoczesną? Jeśli ktoś zobaczy czerwony taboret z przyczepionym doń srebrnym kołem rowerowym w instalacji „Giro d’Italia" Cezarego Bodzianowskiego, może się i rozbawi, ale czy zrozumie sens tej artystycznej wypowiedzi?

Hanna Wróblewska: Czekaliśmy na to otwarcie, ponieważ wystawy bez publiczności nie mają sensu, z drugiej strony trochę się obawialiśmy, że może straciliśmy kontakt z naszymi widzami, że ludzie oduczą się chodzić do galerii i muzeów, że kontakt online zacznie im wystarczać, a sztuka współczesna często określana jako trudna, niezrozumiała, będzie pierwszą rzeczą, z której zrezygnują.

To mocno wpłynęło na naszą świadomość, zrozumieliśmy, że podczas pandemii musimy w bardzo przemyślany sposób kształtować naszą obecność i nasz program online. I oczywiście po pierwszym lockdownie, dzięki naszym edukatorom, bardzo szybko zaproponowaliśmy Zachętę online. Na początku niósł nas entuzjazm; cieszyliśmy się z tego, że jesteśmy, że być może ta forma kontaktu da nam szanse dotarcia do nowych widzów. Potem musieliśmy się sprofesjonalizować. Każda wystawa miała oprowadzanie kuratorskie, każda jest dostępna w formacie 3D – dzięki czemu choć szkoły nie mogły przychodzić do nas, to edukatorzy mogli korzystać z tego wizerunku wystawy do prowadzenia zajęć także dla szkół. Sprawdzaliśmy statystyki, komentarze i udostępnienia naszych „oprowadzań” po wystawach; okazało się, że jest wiele małych instytucji: bibliotek, domów kultury, instytutów, które udostępniają nasze materiały. Był to sygnał, że mamy nową publiczność.A zatem program online budowaliśmy bardzo świadomie, ale też z myślą, że nie jest on zamiast, ale że te działania mają na celu edukację w dziedzinie sztuki współczesnej i promocję - zapowiedź, że gdy będziemy już otwarci, warto przyjść do nas. Komunikat do znanej nam, ale i nowej publiczności.

PAP: A zatem jakie nowe, atrakcyjne wystawy Galeria teraz proponuje swoim widzom?

Hanna Wróblewska: Nasza obecna duża wystawa „Rzeźba w poszukiwaniu miejsca” była gotowa już w listopadzie 2020 r. Program do każdej naszej wystawy rozpoczyna się od oprowadzania kuratorskiego, ale w przypadku tej wystawy, która jest ekspozycją rzeźby, gdzie przestrzeń jest szczególnie ważna, musiało być inaczej. Przygotowaliśmy cały program online, informujący, że ta wystawa jest w Zachęcie, przygotowana do otwarcia, czeka na widzów, ale nie będziemy teraz po niej oprowadzać, lecz kiedy nastąpi fizyczne otwarcie przejdziemy się po niej wspólnie. Mieliśmy tylko krótkie materiały edukacyjne „zachęcające”, ale dotyczyły one dzieł znajdujących się poza przestrzenią ekspozycji, jak np. „Kobiety brzemienne” Xawerego Dunikowskiego czy „Kolumbarium” Leszka Golca, która zawieszone jest na gmachu Zachęty albo właśnie „Giro d’Italia” „toczące się” po schodach. Można je było zobaczyć na żywo nawet w lockdownie, przychodząc np. do otwartej księgarni. Potem mówiliśmy o rzeźbach z kolekcji itd. Takie było nasze przygotowanie. I okazało się, że to wpłynęło na publiczność , która teraz pojawiła się w Zachęcie.

PAP: Kolejki przed galerią to jednak niecodzienny widok.

Hanna Wróblewska: Nie fetyszyzowałabym kolejek. Galerie i muzea to miejsca bezpieczne; nie spędza się tam dużo czasu, jest duża przestrzeń. Mogliśmy się zatem otworzyć jako pierwsi z zachowaniem reżimu bezpieczeństwa w czasie, kiedy nie ma jeszcze barów, klubów, restauracji, a na początku nie było otwartych kin i teatrów. Na tym skorzystaliśmy. Wierzę, że na tę obecność publiczności zapracowaliśmy nie pozostawiając widzów i zdobywając nowych podczas pandemii.

PAP: A zatem przejdźmy się po wystawie.

Hanna Wróblewska: Polska rzeźba to zjawisko ogromnie interesujące. Na wystawie pokazujemy jej różnorodność - od klasyków, jak Dunikowski, Abakanowicz, Hasior - po młodych twórców. To jest wystawa problemowa. Nie da się przecież pokazać w siedmiu salach Zachęty całej historii polskiej rzeźby. Dlatego też trzy lata temu zaprosiłam Annę Marię Leśniewską, znawczynię rzeźby, aby zaproponowała swój pomysł na prezentację polskiej rzeźby i tak doszło do wystawy „Rzeźba w poszukiwaniu przestrzeni”. Jest to opowieść o tym jak rzeźba przede wszystkim w ostatnich sześćdziesięciu latach się zmieniała nie tylko w sferze formy, idei, ale też jak szukała swego miejsca. Są tu nazwiska oczywiste, które pomagają nam trafić do publiczności, jak Tadeusz Kantor lub już wspomniani Abakanowicz, Dunikowski, ale też twórcy mniej znani, chociaż są klasykami jak Emilia Bohdziewicz, Henryk Morel, ale też młodzi artyści jak Piotr Jędrzejewski czy Monika Puchała. Twórczość kilkudziesięciu artystów tworzy ten pokaz rzeźby.

PAP: Niektórzy widzowie mogą być jednak zaskoczeni, że wielu dobrych nazwisk nie ma.

Hanna Wróblewska: To, że kogoś nie ma na wystawie, nie oznacza, że nie traktujemy go jako dobrego twórcy. Przypomnę, że kuratorka Anna Leśniewska zrobiła już kiedyś w Zachęcie wystawy świetnych artystek Barbary Zbrożyny i Magdaleny Więcek. Niektórzy twórcy jednak nie mieszczą się w narracji tego pokazu.

PAP: Czyli o doborze twórców decydowała sama idea wystawy – w poszukiwaniu przestrzeni - co kieruje uwagę raczej ku instalacjom niż ku rzeźbie pomnikowej?

Hanna Wróblewska: Chodzi o poszukiwanie przestrzeni i tej fizycznej, i w sferze mentalnej. Inna była rzeźba wiele lat temu, kiedy dominowały pomniki, upamiętniania czy rzeźba związana z architekturą, a inna jest teraz, gdy, patrząc pod względem formalnym, rzeźba przestaje być jednolitą bryłą z kamienia i staje się instalacją np. przed galerią lub elementem scenografii w teatrze. To nie jest wystawa, która ma przedstawiać kanon sztuki polskiej, ona ma pokazać pewne zjawiska, zaciekawić. Mam nadzieję, że po wystawie pozostanie taka idea, że rzeźba to nie tylko monumenty, ale we współczesnej sztuce jest to pojęcie dużo szersze.

PAP: Jest obecnie w Zachęcie druga ważna, efektowna, poruszająca wystawa kierująca naszą uwagę i ku pandemii, i ku głębokiej trosce o przyrodę - „Rhizopolis” Joanny Rajkowskiej.

Hanna Wróblewska: Bardzo ciekawy projekt Rajkowskiej rzeczywiście nabiera nowego brzmienia w okresie pandemii, ale trzeba zaznaczyć, że on powstał wcześniej; artystka przygotowała go ponad dwa lata temu na konkurs do Pawilonu Polskiego na Biennale w Wenecji. Wygrał wtedy Roman Stańczak z równie świetnym projektem. Ale już wtedy na artystyczny projekt Rajkowskiej zwróciliśmy uwagę z intencją, aby pokazać go u nas, w Zachęcie.

PAP: Czy w „Rhizopolis” przejawiła się profetyczna wizja sztuki współczesnej?

Hanna Wróblewska: Można tak powiedzieć, bo projekt Rajkowskiej nabiera w obecnych czasach nowego znaczenia i zarazem ukazuje swój uniwersalizm. Czas tutaj dopomógł. Joanna Rajkowska jest rzeźbiarką; jej wystawa miała się odbyć w innym terminie, ale wskutek pandemii, przesunięć, te wystawy się spotkały i znakomicie się uzupełniają. To, co prezentuje Joanna Rajkowska - która dostała Paszport Polityki za „rzeźbienie w zwojach mentalnych Polaków”, jak chyba powiedział wtedy Mirosław Bałka – jest instalacją, która sytuuje się pomiędzy rzeźbą, scenografią do filmu i samym filmem. Wywołuje to mocno sensualne przeżycia. Jesteśmy w dziwnej przestrzeni pod ziemią, gdzie działa na nas mrok, ciemność, światło, karpy przypominające jaskinię ze stalaktytami. Przechodząc do następnej sali widzimy samych siebie w tamtej podziemnej przestrzeni. Okazuje się, że widzowie biorą udział w filmie. Odczytuję „Rhizopolis” jako swego rodzaju przestrogę.

PAP: Powracając do pytania o to, czy nowoprzybyli widzowie powinni oswoić się ze sztuką współczesną i raczej się jej nie bać?

Hanna Wróblewska: Nie trzeba bać się sztuki współczesnej, nie należy też we wszystko wierzyć, należy pytać, kwestionować, ale dawać szansę i artystom, i kuratorom, i dziełom.

Rozmawiała Anna Bernat (PAP)

Hanna Wróblewska (ur. 1968) — historyczka sztuki, kuratorka. Od 2010 roku dyrektorka Zachęty — Narodowej Galerii Sztuki i komisarz Pawilonu Polskiego na Biennale w Wenecji. Kuratorka wystaw w Zachęcie, m.in. „Andrzej Wróblewski. Retrospektywa” (1995), „Panoptykon. Architektura i teatr więzienia” (2005), „Rewolucje 1968” (2008), „Katarzyna Kozyra. Casting” (2010), „Marlene Dumas. Miłość nie ma z tym nic wspólnego” (2012), „Sarkis. Tęcza anioła” (2017).W 1999 była kuratorką wystawy w Pawilonie Polskim „Katarzyna Kozyra. Łaźnia męska”, która otrzymała wyróżnienie specjalne na 48. Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wenecji. Laureatka Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy. Członkini Międzynarodowego Stowarzyszenie Krytyków Sztuki AICA. Wiceprzewodnicząca Komitetu Narodowego ICOM POLSKA Międzynarodowej Rady Muzeów.

 

Przeczytaj także