Świat inteligencji odchodzi już do przeszłości

Świat inteligencji odchodzi już do przeszłości

W książce „Tamten świat” wracam do świata inteligencji, z którego wywodził się mój ojciec Kazimierz Wyka i z którego ja się wywodzę. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta grupa ludzi ma szansę na przeżycie w latach globalizacji, kultury masowej i zaniku bliskich nam wartości - mówi prof. Marta Wyka

Polska Agencja Prasowa: Do jakiego świata wraca pani w swojej najnowszej książce? Marta Wyka: Wracam do świata inteligencji, świata kręgu kulturowego, z którego wywodził się mój ojciec Kazimierz Wyka i z którego ja się wywodzę. To świat ludzi piszących o literaturze, antropologów, historyków idei, filozofów… Postanowiłam do niego wrócić, ponieważ zaczęłam się zastanawiać, czy ta grupa ludzi ma szansę na przeżycie w latach globalizacji, kultury masowej i zaniku bliskich nam wartości. Zdaję sobie sprawę z tego, że stanowimy minimalny odłamek społeczeństwa, na dodatek odłamek zamknięty, do którego w tej książce staram się uchylić drzwi. Napisałam w niej zresztą, że ja sama uważam się za maniaka, który swoje poczucie wyższości czerpie z zajmowania się twórczością literacką, nieistniejącą w zasadzie w obiegu społecznym. Na kolejnych stronach wielokrotnie pytam sama siebie, jaki z tego płynie pożytek? I odpowiadam: praktycznie żaden, oprócz pożytku umysłowego.

PAP: Tytuł książki „Tamten świat” w czasie pandemii zyskuje dodatkowych znaczeń.

M.W.: Został on wymyślony wcześniej, nie jest zatem aluzją do sytuacji, którą obecnie przeżywamy. Zastrzegam to, ponieważ kryzys inteligencki rozpoczął się wcześniej i doświadczamy go od lat, stopniowo, ale dotkliwie.

PAP: Dla mnie symbolem świata, o którym pani pisze, jest czarna kamienica, znajdująca się w alejach Słowackiego 15 w Krakowie. Czym to miejsce było i jest dla intelektualnego życia miasta?

M.W.: Tu od czasów przedwojennych mieszkali profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego różnych specjalizacji. Zawsze mnie ono fascynowało, nawet wtedy, kiedy nie byłam jeszcze jego lokatorką. Wrażenie robi już choćby sama jego architektura. Każde mieszkanie jest tu inne, każde jest osobnym bytem. Wszystkie łączy to, że mają dwa wejścia, jedno dla państwa, drugie dla służącej. Przed wojną te służące miały przy kuchni swoje pokoje, co było, jak na tamte czasy, rewolucyjną wręcz zmianą. Ale właśnie takie demokratyczne idee przyświecały znakomitemu, bardzo znanemu w latach 20. i 30. ubiegłego wieku architektowi Ludwikowi Wojtyczce, który na gruncie kupionym od prof. Ignacego Chrzanowskiego chciał wybudować dzielnicę inteligencji. Czarna kamienica była jej częścią. Jednak wojna unicestwiła jego plany. Dzielnica inteligencka nie powstała.

PAP: A pani rodzice, prof. Kazimierz Wyka z żoną Jadwigą, także w niej przed wojną mieszkali?

M.W.: Nie, ojciec twierdził, że miałby tu za dużo kolegów. Ale mieszkał trzy kamienice dalej, gdzie też było dużo kolegów, z tym, że nie profesorów, tylko literatów, takich jak Julian Przyboś, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Porębski.

PAP: Pani wychowywała się w domu, w którym często pojawiali się pisarze, w którym znajdowała się ogromna biblioteka. Czy przez to była pani skazana na pójście w ślady ojca?

M.W.: Nie, początkowo miałam zupełnie inne pomysły na życie. Bardzo interesowało mnie dziennikarstwo, ale jego studiowanie i praca w zawodzie w tamtych czasach wymuszały trzymanie się linii ideologicznej, z którą nie było mi po drodze. Myślałam też o reżyserii teatralnej, ale trzeba było mieć ukończone już inne wyższe studia. Poszłam więc na polonistykę i zostałam literaturoznawcą, a także krytykiem literackim.

PAP: Profesor Kazimierz Wyka był z tego zadowolony?

M.W.: Mój ojciec nie wykazywał w stosunku do córek, czyli mnie i mojej siostry, zapędów dydaktycznych. Wystarczał mu do tego krąg jego uczniów, którzy byli od nas o wiele starsi. Może dlatego nie wywierał na mnie żadnej presji. Gdy zaczynałam, jeszcze na studiach, pisać recenzje do „Życia literackiego”, to mu je pokazywałam. On to czytał albo nie, w zależności od tego, czy miał czas. Czasami mi coś doradził, ale z reguły nie angażował się w te moje próby. Takie miał usposobienie.

PAP: Pani w kolejnych swoich książkach udowadnia, że ojciec miał na panią ogromny wpływ. To ojcu poświęca pani pierwsze zawarte w „Tamtym świecie” eseje. Wraca w nich pani do podkrakowskich Krzeszowic. Dlaczego to było dla niego tak ważne miejsce?

M.W.: W Krzeszowicach znajdował się rodzinny dom ojca. On był bardzo przywiązany do mojego dziadka Wojciecha, który był lokalnym działaczem, aktywistą, zajmował się na przykład wytyczaniem alejek, sadzeniem drzew. Był też kupcem drzewnym, miał swój tartak, w którym sprzedawał deski. Pochodziły one z jego lasów, których był właścicielem. Dziadek chciał, żeby dzieci były blisko niego i dlatego wybudował niedaleko swojego domu drugi dom dla syna. Gdy tylko wybuchła wojna, przenieśliśmy się z Krakowa do Krzeszowic.

PAP: Czym ten dom w czasach okupacji stał się dla przyjaciół pani ojca, Czesława Miłosza, Jerzego Andrzejewskiego?

M.W.: Był on ich przystankiem w drodze. Jeździli wówczas do różnych miejsc i w ramach programu pomocowego kupowali od pisarzy rękopisy, które miały być wydane po wojnie. W pamięci Miłosza te dni spędzone w Krzeszowicach pozostały na długo, wielokrotnie je zresztą opisywał. Już jako stary człowiek mówił, że niewiele ze swojej przeszłości pamięta, ale pamięta na pewno, że jest profesorem literatury słowiańskiej, i że przed rokiem 1941 spędził trzy niezapomniane dni w Krzeszowicach u Kazimierza Wyki. Wówczas to z moim ojcem i Jerzym Andrzejewskim zrobili sobie zdjęcie w tartaku dziadka. Widać na nim młodych, pełnych życia mężczyzn. Może dlatego Krzeszowice we wspomnieniach Miłosza tak się mitologizowały.

PAP: Ówcześni pisarze nawet nie tyle ze sobą przebywali, co prowadzili ożywioną korespondencję. Czy pisząc książkę sięgnęła pani do listów ojca?

M.W.: Oczywiście, znam je doskonale, wydałam je w osobnym tomie. Są one, tak jak całe archiwum mojego ojca, dostępne w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Ktoś nawet teraz stara się o grant na napisanie biografii intelektualnej Kazimierza Wyki. W jego archiwum na pewno znajdzie mnóstwo materiałów.

PAP: Czy podczas przeglądania tych zbiorów coś szczególnie panią zaskoczyło?

M.W.: Z takich zaskakujących rzeczy, jakie znajdują w archiwum, są snute przez ojca razem z Tadeuszem Różewiczem plany wspólnego napisania książki o Cracovii, ich ukochanej drużynie piłkarskiej. Myślę, że wyszłaby z tego zabawna książeczka. Przyznam się jednak, że obecnie interesuje mnie bardziej nie to, co się zachowało w archiwum ojca, ale to, co zaginęło. A zaginęły listy Tadeusza Różewicza do Kazimierza Wyki. Mam podejrzenie, że ojciec je kiedyś komuś pożyczył i ten ktoś je nadal ma. Póki żył Różewicz, razem zastanawialiśmy się, co mogło stać się z tymi listami, bo korespondencja Kazimierza Wyki do niego się zachowała. Poeta oddał ją do Muzeum Literatury w Warszawie. Chciałabym też odnaleźć obfitą korespondencję ojca z czasów, kiedy był dyrektorem Instytutu Badań Literackich.

PAP: Czy znalazła pani w tej korespondencji ślady tego, jak Kazimierz Wyka i jego przyjaciele odnajdywali się w powojennej rzeczywistości?

M.W.: W listach, pisanych po klęsce Powstania Warszawskiego, kiedy było już wiadomo, jak wojna się skończy i w jakiej sferze wpływów politycznych znajdzie się Polska, ojciec pisze, że wszystkie plany trzeba teraz odłożyć i udać się na emigrację wewnętrzną. Ale częściową emigrację, bo ktoś jednak musiał to wszystko zacząć od nowa. Tacy ludzie jak Kazimierz Wyka, Karol Kuryluk czy Marian Eile, którzy zaraz po wojnie z polecenia Jerzego Borejszy zaczęli tworzyć nowe pisma, nie należeli do partii i mieli jeszcze jakąś nadzieję na normalny świat. Stracili ją po 1949 roku, kiedy naprawdę zaczęło być groźnie.

PAP: Czyli Kazimierz Wyka obejmując kierownictwo „Twórczości” wierzył, że w Polsce odrodzi się życie literackie?

M.W.: Tak, ale tylko do czasu, kiedy mu tę „Twórczość” z dnia na dzień, z nakazu partii, odebrano. Pismo objął Adam Ważyk, który prowadził je przez te najbardziej ponure lata, do momentu przejęcia go przez Jarosława Iwaszkiewicza.

PAP: Kolejną część „Tamtego świata” poświęca pani twórczości pisarzy, którzy nie byli już w kręgu zainteresowań pani ojca. Pisze pani o Tadeuszu Konwickim, Jerzym Pilchu, Witoldzie Gombrowiczu, Sławomirze Mrożku, Andrzeju Bobkowskim. Czym kierowała się pani, wybierając właśnie te nazwiska?

M.W.: To byli pisarze, którzy mnie ciekawili jako krytyka literatury współczesnej. Mrożek interesował mnie szczególnie, gdyż niósł ze sobą niezwykły, inteligencki życiorys. Opisuje go w „Baltazarze”, no i przede wszystkim w „Dzienniku”, posługując się specyficznym, inteligenckim dialektem, który dla dzisiejszych czytelników jest już mało komunikatywny. Z podobnych powodów ciekawiła mnie osoba Andrzeja Bobkowskiego. On z kolei uciekał od polskiej inteligencji aż do Gwatemali. Nazywał ją „zawekowaną inteligencją”, mając na myśli przedwojenne środowisko wysokich szarżą wojskowych i ich małżonek.

PAP: Zestawia pani też Konwickiego z Pilchem. Skąd ta analogia?

M.W.: Zainteresował mnie Pilch z czasów, kiedy jeszcze nie zajmował się wyłącznie swoją rodzinną Wisłą, ale pisał miejskie książki, takie jak „Miasto utrapienia”. Jego powieść zestawiłam z „Małą apokalipsą”, gdyż chciałam przez to pokazać, jak pisarze różnych pokoleń spoglądali na Warszawę i w jakim cywilizacyjnym kontekście ją pokazywali.

PAP: W książce wraca pani nie tylko do ważnych dla siebie lektur, ale i ważnych ludzi. Taką postacią jest Ola Watowa. Przyjaźniłyście się?

M.W.: Tak, choć dzieliła nas spora różnica wieku, ale to nie miało żadnego znaczenia, ponieważ była to osoba niezwykle żywa umysłowo. Kiedy wyjechałam do Paryża, ojciec się z nią skontaktował i mnie polecił. Najpierw Ola zaproponowała mi, żebym porządkowała archiwum Aleksandra Wata. To było rok po jego śmierci. Wtedy usłyszałam po raz pierwszy wstrząsające nagranie „Mojego wieku”, czego do dzisiaj nie zapomnę. Potem już nie kontynuowałam prac archiwalnych, gdyż do porządkowania trzeba mieć pewne specjalne umiejętności. Dokończyła je Alina Kowalczykowa, która znakomicie sobie z tym poradziła. Przed śmiercią Oli przeprowadziłam z nią wywiad, który publikuję w „Tamtym świecie”. Opowiada w nim o faktach z życia elit okresu międzywojennego, o Władysławie Broniewskim, o Witkacym, o Sewerynie Broniszównie, siostrze Aleksandra Wata, i jej związku z Władysławem Andersem.

PAP: Wszyscy ci ludzie tworzyli „tamten świat” polskiej inteligencji, inteligencji - jak pani pisze - która podobno już nie istnieje. To dosyć pesymistyczny wniosek. Jednak użyte tu słowo - podobno - daje nadzieję.

M.W.: Tak, użyłam go świadomie, choć coraz częściej łapię się na tym, że inteligencja, mająca swoje korzenie w dwudziestoleciu międzywojennym, już odchodzi do przeszłości i to nie tylko z powodów metrykalnych. Pewnie dlatego, że w dzisiejszej rzeczywistości nie bardzo ma z czego czerpać konieczne do życia soki. Podobnego zdania był też niedawno zmarły Marcin Król, wybitny znawca inteligenckiego losu i inteligenckiej idei. Jego ostatnie wypowiedzi były bardzo smutne, a przecież nie należał on do ludzi, którzy popadaliby w łatwą panikę. Uważał, że to wszystko, co obecnie nas otacza, nie daje naszej warstwie społecznej specjalnych nadziei.

Rozmawiała: Magda Huzarska-Szumiec

Marta Wyka jest historykiem literatury, krytykiem literackim, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmowała się literaturą Młodej Polski, dwudziestolecia międzywojennego i współczesną. Pisała m.in. o Stanisławie Brzozowskim, Leopoldzie Staffie, Czesławie Miłoszu. Jest córką prof. Kazimierza Wyki, wybitnego historyka, krytyk literatury i eseisty. (PAP)

Przeczytaj także